Ładnych parę lat temu moja żona Aneta zrealizowała swoje marzenie o sokolnictwie. Początkowo pomagała przy rehabilitacji "drapoli", później zajęła się jednym z nich do momentu przywrócenia mu pełnej sprawności i wypuszczeniu na wolność. Do te pory obserwujemy jak Władek (bo takie imię otrzymał jej pierwszy podopieczny) dzielnie sobie radzi na wolności (znalazł sobie nawet "drugą połowę"). Potem była już cała seria mniej lub bardziej przewidzianych zdarzeń, które sprawiły, że nazywają nas sokolnikami.
Sporo się w tej materii działo i dzieje do dzisiaj, tak więc jest to kolejny dział do opisania w długą bezsenną noc, lub do opowiadania co bardziej ciekawskim przy kubku herbaty ;-)
